You are currently viewing Waleria i miłość jej życia, część 1

Waleria i miłość jej życia, część 1

Historia miłości Walerii i Jana Feliksa Tarnowskich

Wydawać by się mogło, że o Walerii i Janie Feliksie napisano już chyba wszystko. Szczegółowo opisywano ich zbiory dzikowskie, prowadzono wykłady tematyczne w odnowionym Zamku Dzikowskim, organizowano wystawy… Temat może wydawać się wyczerpany.

Wiemy, że dzięki nim Zamek Dzikowski w latach 1818-1838 dosłownie powstał z popiołów. To od ich działalności liczymy „czasy wyjątkowej świetności” zamku i rodu. On – wielki uczony, senator, bibliofil, tłumacz. Ona – malarka miniatur, pamiętnikarka. Oboje razem – wielcy patrioci, miłośnicy sztuki, kolekcjonerzy. Wybitni ludzie.

Jan Feliks Tarnowski, www.mhmt.pl
Waleria Tarnowska ze Stroynowskich, www.mhmt.pl

Pewnie wielu czytelnikom ich portrety są bardzo dobrze znane. Ich historia również. Cóż zatem więcej o nich pisać?

Otóż, okazuje się, że w świetle Dzienników hrabiny Walerii, i tego, co one zawierają, śmiało można postawić tezę, że nasza wiedza jest jedynie ułamkiem ogromnej, fascynującej, pełnej nowych faktów i informacji, porywającej całości. Cóż to byli za ludzie! Ta para to wybitne połączenie wykształcenia, inteligencji, patriotyzmu, wiary w Boga i szacunku do bliźnich. Nie brak również szczerej i głębokiej miłości. Do siebie nawzajem i do wszystkiego, co piękne. Do pamiątek przeszłości, do sztuki, do Polski, która na ich oczach przestała formalnie istnieć na mapie Europy, lecz nigdy w ich sercach.

Dzięki wielkiej uprzejmości pana Jana Tarnowskiego mam zaszczyt odczytywać najwcześniejsze zapiski hrabiny Walerii Tarnowskiej – wtedy jeszcze panny Stroynowskiej – z czasów jej narzeczeństwa z Janem Feliksem Tarnowskim. To dziennik zatytułowany i pisany po francusku: „Journal de mes pensées” – „Dziennik moich myśli”.

Pierwsza strona janwcześniejszego Dziennikahrabiny Walerii: niedziela, 26 maja 1799 roku, Horochów, 10. rano

Pierwszy wpis dziennika (każdy następny podobnie) opatrzony jest szczegółową datą: „niedziela, 26 maja 1799 roku, Horochów, dziesiąta rano”. Dokładnie 3 miesiące wcześniej panna Stroynowska uczestniczyła w Warszawie w aranżowanym spotkaniu z paniczem Janem Feliksem Tarnowskim. Zabiegał o to jego wuj Tadeusz Czacki, brat matki – Rozalii z Czackich Tarnowskiej. Historycznie to bardzo wybitna postać: założył i prowadził słynne Liceum Krzemienieckie zwane Atenami Wołyńskimi, współtworzył Konstytucję 3 Maja, obradował w Komisji Edukacji Narodowej, był współzałożycielem Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Słowem najwyższe loty ówczesnej polskiej inteligencji.

Krzemieniec, około 1826 roku, ruiny zamku i Liceum, źródło: https://www.dk.com.ua/post.php?id=2286

On też osobiście kształcił, kierował i wychowywał swego siostrzeńca Jana Feliksa Tarnowskiego. Możemy się jedynie domyślać jak świetne to było wykształcenie, jak bardzo ukształtowało młodzieńca na wszystkie kolejne lata. Na pewno było na tyle wybitne, że już samo określenie „uczeń pana Czackiego”, jakim często charakteryzowano chłopca, wzbudzało w towarzystwie wielki podziw i szacunek. Tym bardziej, że na każdym kroku swoją erudycją udowadniał, że jest jego godzien. Tak też pisała Waleria: „Uczeń pana Czackiego. Ogromnie pragnęłam byś okazał się godzien takiego tytułu”.

Skąd jednak panna Stroynowska w tej historii? Otóż pan Czacki był na Wołyniu sąsiadem jej ojca, Waleriana Stroynowskiego. Czaccy mieszkali w Porycku, Stroynowscy w Horochowie. Często się widywali (pan Walerian był na tamtym obszarze „sędzią-rozjemcą”, więc często zasięgał rad Czackiego). Były wspólne obiady, świętowania, bale. Córka Stroynowskiego bardzo często go spotykała. Pisała, że lubi z nim rozmawiać i darzyła go wielkim szacunkiem. Była świadoma jego dokonań, a że w niej również od małego kształtowano głęboki patriotyzm (na przykład specjalnie zabrano ją do Warszawy, by mogła uczestniczyć w wielkim wydarzeniu patriotycznym, jakim było uchwalenie Konstytucji 3 Maja w 1791 roku, była wtedy dzieckiem, ale potem pisała, że dokładnie wszystko zapamiętała) traktowała pana Czackiego z nabożnym szacunkiem.

Poryck, Pałac Czackich, źródło: https://www.abebooks.com/art-prints/Poryck-gub-Podolski%C3%A9j-Wlasnosc-Czackich-miejsce/11625207274/bd
Horochów, Pałac Stroynowskich, www. mhmt.pl

Znając ją dobrze, jej charakter, obycie, wysokie wykształcenie, błyskotliwą inteligencję, zapał do wszelkiego rodzaju wiedzy oraz rozliczne talenty, w tym ten do malarstwa, pan Czacki zaczął powoli obmyślać swój plan. A że czas był już ku temu najwyższy postanowił poznać oboje młodych ze sobą.

W 1799 roku Jan Feliks skończył 22 lata, Waleria 17. Spotkali się w Warszawie, 26 lutego. Oboje byli wielce zażenowani aranżowaną rozmową. Cóż dwoje obcych ludzi może sobie ot tak powiedzieć?

Panna Stroynowska wspominała dużo później ten czas tak:

Środa, 16 października 1799 roku

[…] I wreszcie cię ujrzałam… pamiętam ten dzień… to był wtorek 26 lutego… badałam cię z oddali… nie mogłam niczego zdecydować… Pamiętasz twoją drugą wizytę i tę uczoną dyskusję, jaką pan Czacki kazał nam odbyć? Do dziś się z niej śmieję. Bez wątpienia wzajemnie wydaliśmy się sobie śmieszni. Zdałeś mi się wtedy pretensjonalny i ta myśl, tak nieprawdziwa, wielce oddaliła mnie wtedy od ciebie… Jakże się myliłam. Nigdyś nie był bardziej prostym, pozbawionym dumy, nieprzykładającym wagi do swego wykształconego i tęgiego umysłu. Gdy cię poznałam, oddałam ci sprawiedliwość. Widziałam cię z kobietami, widziałam jak obchodzisz się ze mną. Razem z nami śmiałeś się z niedorzeczności, rozmawiałeś o błahostkach, bez impertynenckiego wyrazu znudzenia na twarzy, jaki znać bardzo często u sawantów. Wzbudziłeś mój szacunek, lecz myślę, że długo obydwoje byliśmy sobie obojętni. Kolejny błąd – uważałam, żeś zimny, niezdolny do uczuć. A ja chciałam serca wrażliwego, chciałam być kochana. Och, szybko zostałam wyprowadzona z błędu. Widziałam, że mnie pokochałeś. Czytałeś w moim sercu, mówiłeś żeś szczęśliwy, byłam taka zadowolona… krótka radość. Od pięciu miesięcy płacę za nią najwyższą cenę – cierpieniem.

Warszawa, Krakowskie Przedmieście, Bernardo Canaletto, źródło: https://www.zamek-krolewski.pl/historia/canaletto

Nie była to zatem miłość od pierwszego spojrzenia. Bardziej od trzeciego, ale jak już się pojawiła – połączyła ich do końca życia. Od lutego spotykali się wiele razy. Jan Feliks przyjechał do Horochowa. Zyskał przychylność państwa Stroynowskich. (Waleria pisała, że jej rodzice „w tych sprawach” zostawili jej wolny wybór. Ufali jej. Choć pretendentów do swej ręki znalazłaby wielu zacniejszych. Na przykład księżna Lubomirska chciała z nią swatać swego syna. Waleria jednak uparcie powtarzała, że kocha Jana Feliksa.). Byli szczęśliwi. Miłość wzajemnie czytali „w swoich oczach i sercach”. Wymienili się obrączką i bransoletką. Gdy on dostał od jej rodziców pozwolenie na pisanie do niej listów oboje nie posiadali się ze szczęścia. Wszystko szło ku najlepszemu zakończeniu. Pożegnali się 16 maja 1799 roku z nadzieją na kolejne szybkie spotkanie. Zakochana Waleria, przepełniona ogromną miłością a rozłączona z ukochanym, musiała znaleźć ujście dla tego wszystkiego, co odczuwała. „Mówią, że by szczęścia zaznać trzeba miarkować swe pragnienia. Moje, dotąd tamowane wystarczająco długo, budzą się we mnie ze zdwojoną siłą, a jednak i szczęście moje wezbrało na sile wraz z nimi”. A że była to osobowość, która szczerze odczuwała wiele i bardzo mocno – zaczęła pisać. „Dzień dobry Przyjacielu mój, dzień dobry po raz drugi – bowiem twój pierścionek dawno był już otrzymał moje pierwsze „dzień dobry”. Nie wiem, czyś świadom, żeś przyczyną mego lenistwa? Wstaję zawsze o 8 rano, a teraz już od piątej nie śpię. I przepędzam trzy długie godziny w łóżku. I cóż takiego robię? Rozmyślam, marzę – powiedziałabym: tracę czas – gdyby nie był to czas rozmyślań o Tobie”.

Ten dziennik to forma rozmowy z nieobecnym Janem Feliksem, a zarazem zapis historii ich miłości i narzeczeństwa, które wbrew pozorom nie były jednym wielkim pasmem uniesień i szczęścia. Rozdzieliła ich brutalnie ówczesna sytuacja polityczna – granica ustanowiona po trzecim rozbiorze Polski w 1795 roku między Galicją a włączonymi po rozbiorach do Rosji ziemiami wołyńskimi oraz… rodzice Jana Feliksa, którzy – choćby nie wiem jak wspaniała była panna Stroynowska i jak bardzo zakochany ich syn, i jak bardzo przekonywał pan Czacki – nie chcieli się zgodzić, by Jan Feliks zamieszkał w znienawidzonej Rosji! A taki był warunek jej rodziców.

Młodzi cierpieli ogromnie. Nie tylko nie mogli się widywać (Rosjanie niechętnie wydawali jakiekolwiek paszporty, a granica była szczelnie pilnowana), ale problem był również z pocztą. Nadeszły dla panny Stroynowskiej trudne czasy. Serce wierzyło w gorącą miłość ukochanego, rozum kazał wątpić. Miesiącami nie dochodziły listy. Rodzice wspierali ją jak mogli, lecz nawet im, czasem niechcący, udzielały się wątpliwości, co do stałości Jana Feliksa. Matka zaczęła jej wyrzucać, że może zbytnio go zachęcała, że może była zbyt szczera, a stateczna panna powinna kryć swe uczucia, nie odsłaniać zbyt łatwo. Zdruzgotana panna Stroynowska w swym dobrym sercu nie mogła w to uwierzyć. Jakże szczerość mogłaby zniechęcić? Dlaczegóż miałaby ukrywać swe uczucia? Wylewała łzy, tęskniła i pisała o tym wszystkim w tym dzienniku. I jak na 17-letnią dziewczynę pisała w sposób nad wyraz mądry i dojrzały, miejscami oczywiście niepozbawiony górnolotności, lecz w najbardziej uroczej formie. Opowieść sama w sobie poruszająca. „Upraszam Boga, by wszelkie moje bóle wyjednały dla ciebie radość, by każdy moment mojego cierpienia wyjednywał memu przyjacielowi chwilę przyjemności. By każda z mych łez wyjednała dla niego uśmiech. O mój Boże, wysłuchaj mnie. Jeśli istnieć może na ziemi istota doskonale szczęśliwa, to ja nią wtedy będę”.

Często wypatrywała pana Czackiego (który zdawał się teraz w tej historii odgrywać już niekoniecznie dobrą rolę, zwlekał, i sam nie wiedział, co czynić, a rodzice obojga młodych mieli do niego widoczny żal za to swatanie i późniejsze uniki), liczyła na wieści z Dzikowa. Spacerowała po lasku, w którym spacerowali razem z Janem Feliksem, podchodziła pod drzewo na którym wyryli swoją datę, rankiem wymykała się do ogrodu, by siedząc w samotności na trawie o wschodzie słońca pisać, wspominać, tęsknić, mieć nadzieję, choć jak często powtarzała, nie znosiła nadziei – jest zbyt zwodnicza. Dziennik starała się pisać w ukryciu, swą melancholię również kryła przed rodzicami, by im nie przysparzać zmartwień. Jej ojciec wydał mnóstwo bali i kolacji dla wysoko postawionych generałów rosyjskich, by móc wszelkimi sposobami uzyskać paszporty dla Jana Feliksa i dla jego rodziny. Odwiedzali urzędników i gubernatorów. Po jednej z takich wizyt, Waleria – będąc po wielu nieprzespanych nocach – wróciwszy do domu, opadła na fotel i zemdlała z emocji, choć jak zapewniała nigdy jej się nic takiego nie przydarza. Miała zszarpane nerwy. Koiły je czasem cudem dostarczone do Horochowa listy od ukochanego, w których znajdowała ukojenie, zapewnienie miłości i nadzieję, że wszystko się ułoży. Martwiła się, że i jemu przysparza cierpień. Że przecie powinna mu dawać tylko szczęście. A tu same zgryzoty. Gorąco pragnęła, by jego rodzice pokochali ją jak córkę. Zapewniała w uniesieniu, że dołoży wszelkich starań, by ukochanego i jego rodzinę uczynić szczęśliwymi. Nie znamy relacji z „drugiej strony”. Możemy się domyślać, że Jan Feliks walczył i wierzył, że rodzice się w końcu zgodzą. Tak przynajmniej wynika z jego listów, cytowanych przez pannę Stroynowską. Zawierały zapewnienia miłości, oddania i głęboką wiarę, że wkrótce się zobaczą. Raz, z listami z Dzikowa, nadeszły sadzonki kwiatów do szklarni horochowskiej (były to kwiaty nazywane po francusku „pensées”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „myśli”, a w botanicznym: fiołki), innym razem listom towarzyszył mały piesek, średniej urody, o imieniu Ami (to dowcip Jana Feliksa, wiedział że Waleria nadała mu tytuł „Mon Ami”, czyli „Mój Przyjaciel”, i tak się do niego zwracała w tym dzienniku i w listach, stąd imię psa).

Aż wreszcie stał się cud. Ale tylko jeden. Rosjanie wydali paszporty dla Jana Feliksa i jego matki. Oczekiwano ich w Horochowie po sześciu długich miesiącach szarpania i nerwów od ostatniego spotkania młodych. Oczekiwano z radością i nadzieją. A oni przyjazd odwlekali… Naprawdę nie sposób po ludzku opisać w jakim stanie była panna Stroynowska. Nie śmiała po tym wszystkim mieć do końca nadziei na szczęście. Może coś przeczuwała… Niestety, hrabina Rozalia Tarnowska i jej syn Jan Feliks przejechali z szokującą wiadomością: pan Tarnowski stanowczo nie wyraża zgody na to małżeństwo…

Zapanowała rozpacz.

W tym miejscu kończy się pierwszy dziennik narzeczeński Walerii Stroynowskiej.

Co odkryje drugi?

CDN